Obserwowana do tej pory z Mendozy sciana Andow wydawala sie taka szara i jednolita. Jednak im bardziej zaglebialismy sie pomiedzy coraz wyzsze szczyty, wywieraly one na nas coraz wieksze wrazenie. Masywne i tak niepoukladane. Balagan geologiczny. Przerozne kolory, warstwy, faldowania. Czerwien przechodzi w braz, szarosc. Gdzieniegdzie biale, zielonkawe nalecialosci. Wodospady, doliny, sucholubne rosliny, roznorodne kaktusy. Wszystko na tle glebokiego, blekitnego nieba. Autobus ciezko posuwa sie naprzod - 180km od miasta, non-stop pod gore. Powoli pokonuje roznice wysokosci wynoszaca 2000m. A stamtad, z wioski Puente del Inca, gdzie podziwiac mozemy naturalny most skalny, idziemy kilka kilometrow, bo stanac twarza w twarz z najwyzszym szczytem swiata spoza Himalajow. Aconcagua. Goruje nad otaczajacymi ja szczytami. Potezna, okryta lodowcami. Po prostu piekna...
poniedziałek, 9 lutego 2009
sobota, 7 lutego 2009
Bodegas y degustación... czyli Mendozy ciag dalszy.
czwartek, 5 lutego 2009
Z Bariloche do zaglebia argentynskiego wina. MENDOZA!
Kilka zdjec z Bariloche i slow o wyjezdzie do Mendozy:
Plac glowny w San Carlos de Bariloche
Miasto po prostu obcieka czekolada. Na kazdym rogu sklepy ze slodyczami, piekne wystawy, slodkie zapachy... Trzeba miec bardzo duzo silnej woli lub byc niskobudzetowym turysta, aby nie dac sie skusic! Z nami nie jest jeszcze tak zle - skosztowalismy tych slynnych na cala Argentyne wyrobow. Niezle, ale czekoladziarni Wedla nie przebija!
Jezioro Nahuel Huapi i sjesta w promieniach slonecznych...
Plac glowny w San Carlos de Bariloche
Miasto po prostu obcieka czekolada. Na kazdym rogu sklepy ze slodyczami, piekne wystawy, slodkie zapachy... Trzeba miec bardzo duzo silnej woli lub byc niskobudzetowym turysta, aby nie dac sie skusic! Z nami nie jest jeszcze tak zle - skosztowalismy tych slynnych na cala Argentyne wyrobow. Niezle, ale czekoladziarni Wedla nie przebija!
Jezioro Nahuel Huapi i sjesta w promieniach slonecznych...
Kilka dni na terenie Parku Narodowego Nahuel Huapi i czas w droge. Nastepnym naszym celem jest zaglebie argentynskiego wina - Mendoza. Oczywiscie sprobowalismy wyruszyc autostopem, ale nie skonczylo sie to sukcesem. Autokar niestety dopiero nastepnego dnia. Noc spedzilismy na terminalu autobusowym wygladajac jak bezdomni. Ale nie bylismy jedyni (przynajmniej nie bylo tak zimno jak w El Chaltèn i mielismy dach nad glowa). Nastepnego dnia, "juz" o 13:00 odjechalismy z Bariloche. Z wizja wypoczecia i wyspania sie w autokarze. Wizja zniknela gdy okazalo sie, ze klimatyzacja w "wysokiej klasy" autokarze nie ma najmniejszego zamiaru zadzialac. 19h jazdy przed nami, w upale. Nie bylo to mile doswiadczenie - jedno jest pewne - wypoczac nam sie nie udalo. Koszmarne 19h, obciekajace potem, mijalo powoli. Zle samopoczucie nieco rekompensowaly widoki za oknem i nasze pierwszorzedne miejsca w autokarze - na pietrze, przy przedniej szybie:
Do Mendozy dojechalismy rankiem nastepnego dnia. Od razu przezylismy szok cenowy, gdy na dworcu uprzejmy pan wcisnal nam ulotke reklamujaca hostel w centrum, gdzie pokoj dwuosobowy ze sniadaniem i darmowym dostepem do internetu kosztuje polowe lub jedna trzecia tego, co zaplacilibysmy w Patagonii. Ale i tak nie korzystamy z oferty, poniewaz w Mendozie zatrzymujemy sie u Agentynczyka z Hospitality Club. Szczesliwie zastajemy go w domu zanim wychodzi do pracy. A wiec kilka dni w Mendozie i jej okolicach przed nami...
czwartek, 29 stycznia 2009
El Bolsón - San Carlos de Bariloche.
El Bolsón pozegnalismy kolejnymi odwiedzinami i kolacja z pilotami w aeroklubie. W sumie przesiedzielismy u nich pol dnia, popijajac mate, rozmawiajac na wszelkie tematy jakie tylko slina na jezyk przyniesie. I marzac... marzac o lataniu! O dziwo, bylismy dopiero ich pierwszymi goscmi.
Z Mario i Alejandro (z polskimi korzeniami) spedzilismy przemily wieczor.
Mozliwe, ze bedziemy jeszcze mieli okazje spotkac sie w Polsce!
Moja ¨bryka¨!
Nastepnego dnia wreszcie udalo nam sie zlapac jakiegos stopa na Ruta 40! Odleglosc nie robila szczegolnego wrazenia (z El Bolsón do Bariloche jest zaledwie 120km - na warunki Argentynskie to mniej niz ¨rzut beretem¨). Wrazenie wywarlo na nas to, ze zatrzymal sie pick-up wiozacy czeresnie. Wiec posrod tych czeresni, z wiatrem szalejacym we wlosach zaczelismy podroz. Rozczarowalismy sie tylko jak kierowca po pewnym czasie (kiedy tylko wspolpasazer wysiadl) zaprosil nas do srodka. Moze i dobrze z drugiej strony...
Do San Carlos de Bariloche dotarlismy bez zadnych niespodzianek- gladko i rowno po asfalcie (ktory polozono tu dopiero niecale 10 lat temu). Miasto zaskoczylo nas wygladem, mimo ze juz bylismy nastawieni na to, co zobaczymy przez przewodniki czy zdjecia z internetu. Ale ono dla nas, po przejechaniu Patagonii z polnocy na poludnie i z powrotem, po prostu nie przypomina Argentyny. Kurort, tlumy turystow, hotel na hotelu, fabryki czekolad, muzea, stylizowany rynek. Wszystko ciagnie turystow do oprozniania portfeli. Bariloche - polozone nad jeziorem Nahuel Huapi, w parku narodowym o tej samej nazwie - rzeczywiscie ma co zaoferowac - dookola jest po prostu pieknie.
Z Mario i Alejandro (z polskimi korzeniami) spedzilismy przemily wieczor.
Mozliwe, ze bedziemy jeszcze mieli okazje spotkac sie w Polsce!
Moja ¨bryka¨!
Nastepnego dnia wreszcie udalo nam sie zlapac jakiegos stopa na Ruta 40! Odleglosc nie robila szczegolnego wrazenia (z El Bolsón do Bariloche jest zaledwie 120km - na warunki Argentynskie to mniej niz ¨rzut beretem¨). Wrazenie wywarlo na nas to, ze zatrzymal sie pick-up wiozacy czeresnie. Wiec posrod tych czeresni, z wiatrem szalejacym we wlosach zaczelismy podroz. Rozczarowalismy sie tylko jak kierowca po pewnym czasie (kiedy tylko wspolpasazer wysiadl) zaprosil nas do srodka. Moze i dobrze z drugiej strony...
Do San Carlos de Bariloche dotarlismy bez zadnych niespodzianek- gladko i rowno po asfalcie (ktory polozono tu dopiero niecale 10 lat temu). Miasto zaskoczylo nas wygladem, mimo ze juz bylismy nastawieni na to, co zobaczymy przez przewodniki czy zdjecia z internetu. Ale ono dla nas, po przejechaniu Patagonii z polnocy na poludnie i z powrotem, po prostu nie przypomina Argentyny. Kurort, tlumy turystow, hotel na hotelu, fabryki czekolad, muzea, stylizowany rynek. Wszystko ciagnie turystow do oprozniania portfeli. Bariloche - polozone nad jeziorem Nahuel Huapi, w parku narodowym o tej samej nazwie - rzeczywiscie ma co zaoferowac - dookola jest po prostu pieknie.
niedziela, 25 stycznia 2009
Nabieramy wiatru w smiglo i fruuuu....
El Bolsòn. Miasto rzeczywiscie spowija hippisowska atmosfera. Glowny plac obstapiony jest tlumami. Tlumami backpackersow, glownie Argentynczykow, a takze calych rodzin, ktore sciagaja w duzej mierze z Buenos Aires w ramach wakacyjnego wyjazdu. Miasto otoczone szczytami Andow, niedaleko granicy z Chile. Polozone w zielonej dolinie - klimat zupelnie inny niz w suchym Esquel czy Perito Moreno. Tutaj mija polowa naszej podrozy. Zamierzamy to "uczcic" i idziemy na ogladanie meczu River Plate - Boca Juniors w miejscowym pubie. Iscie latynoamerykanska atmosfera :).
To nie koniec atrakcji... El Bolsòn ma swoj wlasny aeroklub. Juz od rana, z usmiechem jak przyklejony do twarzy banan, myslalam tylko o tym, zeby sie oderwac od ziemi. I stalo sie! Lekko starawa Cessna unosi nas w powietrze. Ach, te widoki... osniezone szczyty, rzeki, doliny otwieraja sie pod naszymi stopami. Dolatujemy nad Park Narodowy Lago Puelo - pomiedzy wzniesieniami rozlewa sie blekitne jezioro. Po prostu cudnie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)